Aplikacje

Wszystko, o czym mówiliśmy dotychczas w Części II, nieuchronnie doprowadzało nas do tego miejsca. Tak jak system operacyjny ożywia martwy sprzęt, tak właściwym sensem używania komputera są aplikacje, czyli programy użytkowe. Zauważyliśmy zapewne, że omawiając systemy operacyjne, spotkaliśmy programy spełniające określone funkcje użytkowe. Bo czym innym był np. edytor tekstu DOS (edit.com) lub w Windows programy „Write", „Paintbrush" czy „Kartoteka"? Windows 95 oferuje jeszcze więcej różnorodnych programów. Zatem są to aplikacje czy system operacyjny? Oczywiście, są to aplikacje. Zostały one dołączone do ścisłego systemu operacyjnego dla wygody użytkownika, tworząc pakiet umożliwiający pracę użytkową z komputerem, w niezbyt co prawda szerokim zakresie. Ale proste zadania realizować można! Do wyspecjalizowanej pracy trzeba zakupić odpowiednie aplikacje. Ich liczba jest nieprzebrana i ciągle powstają nowe, lepsze, atrakcyjniejsze, o większych możliwościach. Cała ta karuzela sprzętowo-program-owa kręci się bardzo szybko i ciągle jeszcze przyśpiesza. Na własny użytek nazwałem to „syndromem lizaka". Dlaczego? Bo przypomina mi zabawę z lizakiem wręczanym dziecku. Po rozpakowaniu dziecko zaczyna lizać, czując najpierw smak celofanu, i zanim „doliże się" właściwego smaku, ofiarodawca wyrywa mu lizak i daje następny większy, mówiąc: „Spróbuj, jaki ten jest pyszny". I znów najpierw smak celofanu... i kolejny jeszcze lepszy lizak... smak celofanu... następny lizak... smak celofanu.... następny lizak... Kiedy będzie mogło nareszcie poczuć smak lizaka, a nie celofanu?! Przenośnia ta oddaje, jak sądzę, dylematy bardzo wielu użytkowników. Pojawianie się w niebywałym tempie nowych, coraz bardziej złożonych programów lub ich wersji nie daje użytkownikom szans na dokładne zapoznanie się z ich możliwościami. W rezultacie zapoznajemy się z nimi „po łebkach" i już mamy nową wersję. Stwarza to również problemy w wymianie informacji pomiędzy instytucjami, a nawet wewnątrz nich. Co zatem robić? Przede wszystkim nie dać się zwariować. Cały ten cyrk napędzany jest w dużej mierze chęcią zysku producentów programów, a sąsiednie ich wersje często nie poprawiają znacząco własności użytkowych. Ja stosuję zasadę wymiany programu co trzecią wersję. Pozwala to złapać trochę oddechu i „wgryźć się" w program. W tym czasie rozwinie się on na tyle, że po wymianie będzie widać dużą różnicę. Tak czy inaczej, bez aplikacji obyć się nie sposób. Jakie aplikacje zakupić, jak dobrać je do zadań, to w skali dużej firmy (np. banku, zakładu produkcyjnego, spółdzielni mieszkaniowej) problem nie lada. Jego rozwiązanie wymaga ogromnej, interdyscyplinarnej wiedzy i doświadcznia. Ludzie, którzy potrafią to robić, warci są każdych pieniędzy. Na szczęście, problemy w skali pojedynczego użytkownika komputera nie są aż tak złożone. Niemniej tu też trzeba odrobiny rozsądku, a przede wszystkim zadania sobie pytania: do czego będę wykorzystywał swój komputer. Czytelnicy stykający się z komputerem tylko w pracy mają problemy w innej skali. Na ogół nie decydują, z jakimi programami mają pracować. Dostają maszynę z całym „dobrodziejstwem inwentarza". Dobrze, jeśli ktoś powie, jak się nią posługiwać, jakie programy są do dyspozycji i jak z nich korzystać. Z praktyki wiem, że często bywa inaczej. Na przykład tak: „Pani Zosiu, ma tu pani komputer, od dzisiaj proszę wykonywać wszystkie polecenia »na wczoraj«".