My w sieci
Po załogowaniu się do sieci uzyskujemy dostęp do dysku sieciowego z odpowiednim zakresem uprawnień do korzystania z niego. Praktycznie biorąc, pojawia się jeszcze jeden dysk (lub kilka), na przykład dysk oznaczony F:, którego dotychczas nie było. To jest właśnie dysk sieciowy, w rzeczywistości znajdujący się w serwerze. Wszelka łączność z nim odbywa się za pośrednictwem fizycznych elementów sieci (kart sieciowych, okablowania) i sieciowego systemu operacyjnego. We wszystkich operacjach sieciowych - w mniejszym lub większym stopniu - bierze udział procesor serwera. Dla użytkownika pracującego na stacji roboczej różnica w korzystaniu z własnych zasobów stacji (dysku, pamięci, procesora) lub z zasobów sieciowych może być zupełnie niezauważalna. Po prostu po załogowaniu przybywa jeszcze jeden dysk, z którego korzysta się tak samo jak z własnego (oczywiście w miarę posiadanych uprawnień). Wszelka komunikacja sieciowa odbywa się bez absorbowania użytkownika. Jest to wygodne, ale powinniśmy mieć świadomość, że to jest nie tylko nasz dysk. W prawidłowo zorganizowanej sieci nie bardzo można narobić szkód innym (po prostu nie jest to możliwe). W wielu jednak sieciach praktycznym zabezpieczeniem jest tylko niewiedza użytkowników (trzeba wiedzieć, co i jak można zrobić). Takie zabezpieczenie jest oczywiście iluzoryczne. Wystarczy przecież zrobić coś nieświadomie, przypadkowo, przez pomyłkę. Cały czas mówimy o komputerze podłączonym do sieci, używając terminu „stacja robocza". Jest to, jak wiemy, jeden z komputerów obsługiwanych przez serwer, czyli główny komputer sterujący całością sieci. Nie należy jednak sądzić, że jest to jakiś specjalny rodzaj komputera (choć czasami tak właśnie jest). Stacja robocza nie zalogowana do sieci jest zwykłym komputerem nie różniącym się od innych. Stacją staje się dopiero po załogowaniu. W międzyczasie można jej używać tak jak każdego innego komputera. Oczywiście, do dyspozycji są wtedy tylko jego własne zasoby (dyski, katalogi, drukarka, itd.). Wspomniane komputery specjalne to tzw. stacje bez-dyskowe, konstrukcyjnie przystosowane wyłącznie do pracy w sieci. Nie mają one żadnego dysku (nawet napędu dyskietek). Oprogramowanie niezbędne do uruchomienia komputera i automatycznego włączenia go do określonej sieci zapisane jest w specjalnej pamięci programowalnej, mającej postać układu scalonego zamontowanego na karcie sieciowej. Taki komputer nie nadaje się do jakiegokolwiek użytku poza siecią. Jakiś czas temu sądzono, że jest to dobry sposób na zmniejszenie kosztów (komputer taki jest tańszy), a także na pełną kontrolę pracy stacji, która nie mogła istnieć poza siecią. Szybko jednak okazało się, że okupione to jest znacznym ograniczeniem funkcjonalności, przy wszelkich, nieuchronnych przecież zmianach, i stacje bezdyskowe zniknęły z rynku. Idea ta zupełnie niedawno powróciła w postaci tzw. komputera sieciowego (NC). Miał to być komputer o zredukowanych do minimum własnych zasobach, czerpiący wszystko, co potrzeba, z serwerów internetowych. Cena takiej maszynki miała być o połowę niższa niż normalnego komputera. Po początkowych zachwytach idea ta jakoś szybko zeszła na margines. Każdy kij ma dwa końce. Wprawdzie sam komputer jest tańszy, ale trzeba ponosić koszty stałego podłączenia do Internetu. W warunkach polskich - uwzględniając cenę impulsu telefonicznego - właściciel takiej zabawki poszedłby szybko „z torbami". Dziwić może nieprzyjęcie się tej idei w USA, gdzie lokalne rozmowy telefoniczne są bezpłatne. Podobno przyczyna tego była zupełnie niezwykła. Otóż okazało się, że był nią... snobizm. Po prostu właściciel takiego komputera nie miał się czym pochwalić (wszystkie były jednakowo ubogie). Takimi to krętymi drogami chodzi powodzenie niektórych idei.